Jedziemy do źródeł, to projekt warsztatów wyjazdowych Republiki Marzeń. Nasze najbliższe plany to Ateny z historią rysunkiem, ceramiką i teatrem (kwiecień) i Mekka rzeźby, czyli Po (przełom września i października).
O tym właśnie chcemy wam pisać. Zapraszamy.

Witamy.
Tu Marzena i Janusz. Jesteśmy w Pietrasancie. Już drugi raz. Pierwszy kilkugodzinny pobyt zrobił na nas tak duże wrażenie, że postanowiliśmy: ,,Wrócimy z całą Republiką Marzeń! Będziemy się tu uczyć. ‘

O tym więc, jak się tu żyje i uczy dzień po dniu, chcemy Wam napisać. Bowiem zanim zabierzemy się tu grupą, postanowiliśmy wypróbować wszystkiego na własnej skórze, a właściwie na skórze Marzeny. Proszę doceńcie więc nasze poświęcenie 🙂 i śledzicie naszą tygodniową przygodę. Zapraszamy.

Dzień pierwszy.

Z Republiki Marzeń do Pietrasanty.

Samolot do Pizy był o nieludzkiej, porannej godzinie, więc cały lot przespany. Szybko i wygodnie – jeszcze tylko cappuccino w Pizie i w ciągu godziny przenosimy się na miejsce. Pietrasanta, nareszcie! Mieszkamy w apartamencie który w nazwie ma ,, dla artystów’’. Jak się okazuje, w cenie pokoju w domu z pustaka w Mielnie czy Dębkach, mamy mały pałacyk, willę miejską z zapierającą dech w piersiach klatka schodową, tarasem śniadaniowym i tym co za oknem.

Za oknem dachy Pietrasanty wciśnięte między morze a jeszcze niewysokie Alpy.

Te góry za oknem rodzą złote runo rzeźbiarzy. Od starożytności ryto, rozsadzano, przepoławiano ich skalne brzuchy, odsłaniając całe połacie bieli karraryjskiego marmuru. Dla tego skarbu z nakazu papieża spędził tu szmat życia Michelangelo Buonarroti.

Ledwo zdążyliśmy postawić walizki, a już wyrywamy się do warsztatu, rzeźbić. Lecz spokojnie, właśnie zaczęła się sjesta, idziemy więc na rynek. Wchodzimy na centralny plac miasta, wita nas biel katedry, jej schodów, niebywałej rozety, słońce, biel… i nagle pęka powietrze! To dzwony. Podrywają się w słońcu ptaki, lecą w stronę dzwonnicy, która rozbujała całe niebo. Siadamy w kawiarni u poznanego wcześniej restauratora, fotografa. Luigi tworzy całe dowcipne historie korzystając z miniaturowych postaci ludzkich w symbolicznych , metaforycznych scenach. Ma też pyszne miejscowe jedzenie i wino.

Tu chyba wszyscy są artystami. Szczególnie poza sezonem można tu na rynku podczas sjesty spotkać całe grupy w przysiwionych marmurową bielą kombinezonach.

Nareszcie idziemy rzeźbić. Idziemy i cały czas oglądamy, zaglądamy w okna, witryny. We wszystkich pracownie, galerie, rzeźby, ramy obrazów. Każde miejsce inne, wszędzie sztuka. Marzena momentami zapomina oddychać.

Macchinetta per punti.

Dzisiaj jest piątek, dla większości ostatni dzień pracy. Christian, u którego uczyć się będzie Marzena, zgodził się jednak by pracować też do sobotniego południa. Jego pracownia to duży plac z halą obstawioną półkami uginającymi się pod setkami rzeźb. To modele, klient wybiera sobie jedną z nich i zleca przekucie z tego wzoru. To robota kamieniarska, kopiowanie. Rzemiosło leżące u podstaw rzeźbiarstwa, będące jego fundamentem i schodami do artyzmu i mistrzostwa.

Dalej wszystko idzie w błyskawicznym tempie. Kombinezon, niezbędne buty z metalowymi nosami i zaczynają. Ja wracam na rynek by usiąść w barze Michelangelo, tu podobno podpisywał pierwsze kontrakty na dostawę kamienia. Po zrobieniu notatek, po trzech kieliszkach wina i czymś pysznym do przegryzania, idę po Marzenę.

Pracuje jeszcze, promienieje, a jej jeszcze niedawno nowy kombinezon cały zasypany jest pyłem. Razem z nią w hali kilka osób – miejscowi i kilkoro rzeźbiarzy z całego świata. Koniec pracy.

Idziemy we dwoje na rynek, coś zjeść. Patrzę zdziwiony, jak Marzena siada w tym roboczym uniformie koło mnie. Nie przebrałaś się? – pytam. Chciałam, śmieje się ale Chrystian był bardzo zdziwiony… po co przebierać się, jesteś w Pietrasanta, ten strój tutaj to szyk i lans, więc noś się tak z elegancka i ciesz się życiem!

Jeszcze na moich oczach mistrz karraryjskiego marmuru postawił przed Marzeną biały klocek . To będzie głowa, oznajmił i zaczął młotkiem ociosywać kształt. Wiedział jak i gdzie uderzać, zdawało się że kamień go słucha, precyzyjnie oddając tylko małe skrawki. Pękał tam gdzie chciał artysta.

Co potem?- zapytałem.

– Potem pokazał wszystkie podstawy, jak wykorzystywać, trzymać i odkładać narzędzia, jak posługiwać się Macchinetta per punti – Opowiadala jeszcze długo.

Macchinetta per punti, maszyna do przenoszenia punktów , genialna piekna i prosta, jak cyrkiel, jak wynalezienie koła. Oto cała tajemnica i esencja geniuszu starożytnych, renesansowych i współczesnych. To Modus operandi Pietrasanty i jej historii. Ale o tym jutro. Teraz jest wieczór i idziemy snuć się po nocnych uliczkach i na wino. Obejrzyjcie zdjęcia! Jutro piszemy dalej.

Zapisz się