Część trzecia, ostatnia.
Dziś ostatni dzień. Boże jak zleciało… Marzena nawet nie tknęła śniadania, wcześnie rano pobiegła do pracowni. Jadłem więc sam, właściwie w towarzystwie gospodyni. Zrezygnowałem z cappucino, rozpuszczam w szklance włoski alka prim. Ach Paula – opowiadam – to zwyczajna polska głupota. Ten sentymentalizm. Wczoraj, zaraz po spektaklu rzymskiego Romea i Julietty, wieczór z nowymi znajomymi w Bar Leonardo da Vinci, potem następne miejsce i następne i w końcu schody katedry z ostatnią butelką i nocnymi rozmowami artystów. Paula jest innego zdania, uwielbia Polaków a zwłaszcza Szymona a na puentę sprzedaje mi informacje, że Niemcy z firmy Bayer, by zrobić mój alkazelcer, to i tak kupują do niego mąkę z karraryjskiego marmuru, znaczy wapno, calcium. Cóż, Marzena obrabia, a ja nawet pochłaniam ten marmur. Viva Carrara Calcium!
Dziś dzień targowy, kupuje Marzenie kurczaka w budzie na placu, do tego bułkę i pomidora. Patrzę jak wspólnie z innymi rzeźbiarzami myje ręce i otrzepuje zaimprowizowany stolik i krzesła, wszyscy coś wyciągają z kieszeni i jedzą. Piją wino a wszystkich pokrywa calcium. Wino i calcium, znaczy Pietrasanta.
Potem spotykam się z Szymonem, zaprzyjaźnionym już miejscowym rzeźbiarzem. Idziemy do jego pracowni na przedmieściach. Nagle przed nami otwiera się horyzont, równina zamknięta białymi szczytami marmuru. Jest w tym masywie góry dziura. To pierwsze miejsce z którego Leonardo pozyskał surowiec. Medyceusze postawili warunek – tworzysz tutaj, ale marmur musi być miejscowy, nie z Carrary – opowiada Szymon. Opowiada masę anegdot, tych starych i tych współczesnych. Wszyscy go tutaj witają, znają, widać że lubią, bo to naprawdę świetny kompan i artysta.
Miejsce w którym tworzy ma niezwykły klimat. Hale i małe boksy, sporo artystów z całego świata. Artystyczna komuna, wielcy, utytułowani artyści i ci co przyjechali na kilkumiesięczny experience. Japończycy, Koreańczycy, Europejczycy, młodzi i starzy hippie. Cudowne. Wspólnie się inspirują , wspólnie obiadują, a w lato kąpią się w pobliskiej rzece.
Żegnamy się i obiecujemy rychły powrót. Marzena i tak potrzebuje tygodnia lub więcej by skończyć w pracowni Chrisa swoją głowę.
Teraz czas na pakowanie. Nie lubię tego. Znowu czuję, że czegoś nie spakowałem. Sprawdzam, torbę, walizkę, kieszenie. No tak coś na pewno zostawiliśmy w tej cholernej Pietrasancie. Serce.
A jeszcze PS. Obok pracowni Chrisa, gdzie pracuje Marzena jest knajpa dla miejscowych. Jadamy tu obiady za 10 euro. Trzy dania z winem i kawą. Większość z takich miejsc ma takie zestawy dla rzeźbiarzy, fenomenalne, prawdziwa uczta pod. Tu wspólne podwórko z włoskim pogotowiem. Restauracja Verde Croche pod wielkim platanem.

Zapisz się