Witamy.
Oto relacja z Pietrasanty. Toskańskiej stolicy rzeźby. Jesteśmy tu już kolejny raz. Tym razem oprócz rzeźbienia i zwiedzania, nauki i wypoczynku, mamy za zadanie przygotować pobyt naszych artystów z Gdańska Szkoła Artystyczna na dwóch, tygodniowych warsztatach rzeźby i malarstwa. Mamy już ustalone miejsce gdzie wspólnie zamieszkamy, mamy najlepszą w mieście pracownię kamieniarską, mamy tzn. cały czas poznajemy miejscowych mistrzów, by móc z nimi spotkać naszą grupę. Mamy nareszcie miejsca i galerie do pracy dla malarzy. Zamierzamy jeszcze poszukać plenerów, w tych pięknych nadmorskich stokach pełnych kolorowych domów i zapierającej dech przyrody. Ruszamy więc na ostatni rekonesans przed październikowym Włoskim plenerem.

Chcesz do nas dołączyć? Zapraszamy! Wystarczy napisać.
Relacja z podróży jest pełna dygresji, nie sposób było ich uniknąć…..Autor

Upał.
Lubię to słowo. Jest w nim niezwykła plastyczna sugestia, bo nie tylko coś się upala , spopiela ale też upada, roztapia…słabnie. Taka emocja w jednym słowie. Znam różne upały. Upał dzieciństwa: brak refleksji i przymusu, brak pamięci o wodzie i piciu. Bieganie do utraty przytomności. Powinien ktoś się nami dziećmi zająć ale wtedy o nas mniej dbano niż dzisiaj o psy. Nikt nam nie stawiał miski z zimną wodą więc musieliśmy dbać sami o siebie sami. Szukaliśmy pompy na podwórku – wreszcie jest. Potem trzeba było bardzo namachać się jej wajchą i wreszcie ulga, bulgocząca oaza. Woda zimna jak lód najpierw na ręce złożone w kubek, bo zaraz do gardła, do środka ile się da szybko przełykać. Potem w brzuchu poczucie wypełnienia drobnego chudego ciała lodem. Cudowne.
Pamiętam też upał z Hongkongu ten dotkliwy, mocno oblepiający. Mały pokój hotelowy z klimatyzacją. Głód nikotynowy w nocy każe zjechać windą na dół przejść hotelową logie, aż wreszcie rozsuwane drzwi i to mnie dopada, oblepia właśnie. Tłum ludzi i dziwne kleiste, gorące powietrze. Wyjmuje papierosa. Ulica. Po prawej stronie na czymś w rodzaju stołu, straganu leży półnagi stary mężczyzna. Śpi? Wczoraj też tu leżał w bezruchu. Może nie żyje myślę… nigdy tego nie sprawdziłem.
Zapalam papierosa, ciągnę. Po chwili ustnik robi się płaski jak wdeptany kapeć. Już żaden lepki wilgotny dym przez niego nie przejdzie.
Kilka lat temu polecieliśmy z synem nurkować na Maltę, lipiec z rekordowymi upałami w czym upewniali nawet autochtoni. Nie zmyłem po wszystkim soli morskiej. Tragikomedia stała się na środku ulicy, kiedy to lałem kupioną w sklepie wodę bezpośrednio w majtki by ulżyć poparzonym potem i solą pachwinom.
Cudowny upał mojej Jäschkentaler. Kochamy go, szanujemy, wyczekujemy oboje. Bo Jaśkowa Dolina przez okrągły rok jest zimna i wilgotna jak dłonie niemieckiej guwernantki. Jak ona, szczędzi nam swojego ciepła. Wreszcie więc, kiedy kilka dni w roku robi się gorąco, korzystamy by potem znów długo marzyć i pamiętać. Słońce wstaje w zenicie, jest plus 33 stopnie Celsjusza, na ulicy pusto idziemy do baru syrenka trzymamy się za ręce. Dzieci zostały w chłodnym domu. To tylko nasza chwila piękna impresja, sukienka i gołe nogi żony z upałem doliny w tle. W barze pani Zuzanna- makijaż niezniszczony pomimo wilgoci i duchoty, nalewa nam najlepszy chłodnik na świecie. Chłodnik baru Syrenka z Wrzeszcza. Siadamy przy stole. Robię zrzut z ekranu smartfona- accuweather i wysyłam prognozy upałów w Gdańsku do Szymona do Pietrasanty. Szymon odpisuje. ,, U nas też gorąco jedziemy nad rzekę. Kiedy będziecie? Jutro?…”
Upał Pietrasanty wygrał ranking wszystkich upałów. Wygrał ponieważ upał to nie tylko gorące powietrze, upał to okoliczności które mu towarzyszą. Nasz gdański da się znieść bo od Bałtyku zawieje, od Jaśkowego Lasu chłód przyjdzie – wreszcie bo trwa tylko kilka dni. Tu we Włoszech okoliczności się zgadały, złożyły się we wszystkie dziewięć kręgów, jak w dantejskim piekle.
Jechałem pociągiem bez klimatyzacji przez azjatycką Gobi, miałem udar słoneczny w parku pod Dakarem, byłem w końcu na Saharze, lecz ten toskański upał przeżywam najdotkliwiej, prawdziwie mocno. Jest on bowiem głęboki egzystencjalny i nieustający jak z izraelskich opowiadań Hłaski. Najpierw, tak czuje, poznałem go w książce potem, teraz na sobie.
Zacznę od początku.
Przyjechaliśmy – i tym razem będziemy mieszkać 4 km od Pietrasanty, ale nie w dół w stronę morza w drugą stronę w góry. Szymon nasz znajomy polski rzeźbiarz, radził mi kilka dni wcześniej przez telefon: ,,Wynajmij samochód, rowerem nie dacie rady. To nie płaska wycieczka nad morze to górska jazda.”
Przerwa

Zapisz się