Minęły 2 dni i zrobiłem sobie przerwę, właściwie upał mi przerwę zrobił. Wracam do pisania. Przed chwilą na mój stół ustawiony pod wielkim platanem spadł duży kawałek gałęzi, kory właściwie. W pierwszej chwili mój mój mózg zarejestrował, że to wielki ptak albatros lub… Ikar…
Wróćmy do upału i naszego pierwszego dnia. Z dworca jechaliśmy prosto do wioski w górach, wiózł nas nasz gospodarz, Andrea. Jak na 3 km dziwnie długo i pod górę. Jeszcze nie wiedziałem, że to będzie moja rowerowa i piesza Droga Krzyżowa.
Wreszcie mieszkanie, w pięknym skromnością, kamiennym domu.
O radości! Wita nas wilgotny i zimny korytarz na parterze, ale my niestety mieszkamy na poddaszu. Andrea otwiera drzwi – jest potwornie gorąco pomimo pozamykanych okien. Żar powietrza stoi w miejscu ale kto by się tym przejmował w dzisiejszych czasach elektryfikacji wsi i rządów klimatyzatorów! Urra! 
– Andrea, gdzie włącza się klimatyzację? – pytam. 
-Tu nie ma klimatyzacji -uśmiecha się nieśmiało gospodarz, ja patrzę słucham i nie wierzę. Nie wierzę i nie przeczuwam nawet, co nas czeka. Ok, pytam ostrożnie dalej:
– Wentylator, wiatrak? 
Andrea uśmiecha się. 
– Jutro przywiozę, ale tu raczej nie jest bardzo gorąco – dodaje. Wariat, lub fałszywy pochlebca…świta mi coś z Alighieri.

Potem zaczyna się piekło… Wszystkie 9 kręgów.
Cerchio Uno: zostaliśmy sami, powietrze stoi, jest duszno i gorąco – nie ma czym oddychać.
Secondo cerchio: bierzemy pierwszy prysznic. Zawinięci ręcznikami kładziemy się na gorącej pościeli. Za chwilę jest nam jeszcze goręcej.
Terzo: leżymy nadzy, ręczniki parzą, parzy też skóra, która dotyka prześcieradła.
Trzeba cały czas chodzić – wtedy jest złudzenie, że ciało się schładza ruchem powietrza. Jednak i to nic nie daje, drugi prysznic przynosi ulgę na bardzo krótko…
No i quatro: nie wytrzymuję i popełniam największy z możliwych błędów: otwieram okiennice i wszystkie okna, robię to, by wywołać przeciąg. Dzięki temu zrobiło się najpierw oślepiająco jasno, ale to jedyna różnica. 
Quinto …nie , jest jeszcze jedna, bo przez okno powoli przesuwa się do środka żar rozgrzanego dachu i podwórka.
Szóste… w środku i na zewnątrz jest tak samo gorąco… panika szaleństwo…
Septyma: wyjmuję z lodówki wino rozrabianie pół na pół z zimną wodą – może rozrzedzi krew, może schłodzi… wypiłem tak pół butelki. Robi się ciemno, jestem słaby i trochę pijany, idę spać.
Oktawa: trochę jeszcze kręcenia i majaków, ale nareszcie zasypiam.
Kanto nona: Piekło! Samo dno gorąca, trzygłowa bestia pożera mnie, gotuje, miażdży rozgrzanymi do czerwoności stalowymi zębami. Potem tę miazgę wypluwa – mizaga znowu zamienia się we mnie, żeby znowu zaczęło się od nowa. Bucha na mnie ogień!
Budzę się – wino to był najgłupszy pomysł. Oddech u Marzeny? Jest! Uff.
W ciemności i panice sprawdzam bicie własnego serca. Nie ma! Pewnie już się zatrzymało! W szale rozpaczy ostateczna decyzja: biorę dwa wielkie ręczniki, moczę w wannie. Specjalnie nie wyżymam, przykrywam się nimi – jutro i tak będą suche.
Rano budzę się. Nadal żyjemy! Gospodarz Andrea przynosi wielki wiatrak! Ulga – może da się wytrzymać. Zejście do piekieł i powrót zajął mi 10 godzin. Ciekawe na ile pan się wybrał, Alighieri? – myślę.

Teraz najważniejsze. 
Marzena rzeźbi już trzeci dzień. Codziennie rano o 8:30 stawia się w pracy, pracuje tak cały dzień. Ma dwu godzinną przerwę na lunch i sjestę, którą spędzamy razem. Po tych kilku dniach widać już zarys, bryłę tego co marmur ma urodzić. To będzie piękna, duża i bujna pani na plaży. Trochę jak z Dudy-Gracza, trochę jak z “Lecą żurawie”. Jak zawsze u Marzeny; choć gruba to piękna, pokazana z miłością. Tym razem przeskalowana z małej figurki modelu w dosyć sporą finalną rzeźbę.
W ogóle nie wiem jak Marzena wytrzymuje te upały. Oboje jednak kończymy każdy dzień morderczą wspinaczką rowerową do naszej wioski w górach. Zasypiamy bardzo wcześnie, chodzi o to by Marzena mogła wyspana wstać wcześnie rano i zacząć pracę, unikając największego żaru.
Pietrasanta jest pełna turystów. Oczywiście widać ich dopiero po 20:00, wcześniej są na plaży. Przychodzą natomiast w nocy do kafejek. Centrum miasta i jego rozliczne kawiarenki zamieniają się we włoski ul, jak z “Rzymu” Felliniego. Jakby wyjąć plany z tego filmu i kleić je w klastrach bez końca. Bez końca siedzą, jedzą, śmieją się, rozmawiają, rozmawiają, jedzą i rozmawiają. Wyglądają na szczęśliwych. Rzuca się w oczy elegancja mężczyzn w satynowych drogich mokasynach. Piękne kobiety, ekscentryczne kreacje. W sobotę będzie gratka, wspólna Noc Galerii. Wernisaże, rauty – całe centrum wypełnione całonocną wędrówką oglądających i kupujących. Tak, kupujących, czasem za bajońskie sumy. Ta noc to zjazd klientów – milionerów z Rosji, Europy i świata. Z pewnością o tym opowiem.
Pietrasanta 5 Julia 2019 

Zapisz się